Blog > Komentarze do wpisu
Azyl

Przeczytałam świetną i wciągającą książkę, która opisuje przerażające i straszne czasy. A jednak tchnie optymizmem i czyta się ją niczym najlepszą powieść.

Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO Diane Ackerman (Świat Książki, 2009) to doskonała literatura faktu. Opowiada o rodzinie Żabińskich: Jan był przedwojennym dyrektorem warszawskiego ZOO, jego żona Antonina zajmowała się domem i wszystkimi osieroconymi zwierzętami. Była niesamowitą osobą: energiczną, poukładaną, obdarzoną intuicją. Potrafiła wyczuć, co zrobią za chwilę zwierzęta (także drapieżniki) i przewidzieć zachowania ludzi. Ta cecha bardzo się jej przydała w czasie wojny. To właściwie Antonina jest główną bohaterką książki.

Tak scharakteryzował Antoninę jej mąż:

Trzeba przyznać, że posiada niesłychanie cienką skórę, że trafnie odgaduje, co tkwi we wnętrzu jej zwierzęcych przyjaciół i wychowanków, wolna od jakichkolwiek tendencji do antropomorfizmu… nie robi ze zwierząt ludzi, raczej sama zatraca właściwości homo sapiens i przemienia się to w panterę, to w borsuka, to w piżmowca…

Książka opowiada o rodzinie Żabińskich, o ich przyjaciołach, o zwierzętach, które przewinęły się przez ich dom, i oczywiście o ludziach, z którymi byli związani i których uratowali lub pomogli uratować. Dom dyrektora ZOO stał tuż przy ulicy Ratuszowej i był doskonale widoczny, co nagle okazało się atutem. Nikt bowiem nie podejrzewał, że w tak widocznym miejscu można kogokolwiek ukrywać.  A ukrywano nie tylko uciekinierów z warszawskiego getta, ale także żołnierzy AK i harcerzy działających w konspiracji.

Ta książka nie jest przygnębiająca ani smutna. Czasami śmiałam się, czytając opisy zwierząt i ludzi. I dopiero po chwili pojawiała się refleksja, że działo się to w czasach, gdy za wszystko groziła kara śmierci. Antonina za wszelką cenę starała się żyć normalnie i uchronić swojego syna Rysia przed wojenną traumą. Nie było to łatwe: w domu pojawiali się coraz to nowi goście — niektórzy oficjalnie jako pomoce, nauczyciele czy krewni, inni w sekrecie. Wszyscy drżeli na dźwięk dzwonka, w razie niespodziewanej wizyty Antonina biegła do fortepianu i grała, a domownicy ukrywali się po szafach, szafkach, klatkach i piwnicach. A jednak panowała w tym domu atmosfera zabawy i przyjaźni. Bardzo mocno widać to, gdy Ackerman zestawia wspomnienia ludzi, którzy znaleźli schronienie u Żabińskich, ze wspomnieniami osób ukrywających się w innych bunkrach i kryjówkach.

Można znaleźć w tej książce wiele dowodów bohaterstwa i wiele przykładów zwykłego życia. Trudno nie śmiać się, czytając taki opis:

Pośrodku pokoju stał nasz nadworny muzyk, a nad nim trzepocząc skrzydełkami latały papużki. Część ich zniżyła lot, wieńcząc kolorowym pierścieniem jego czoło. Po chwili skakały mu po głowie, grzebały łapkami we włosach i dziobkami wyciągały wplątane w czuprynę pasemka makaronu…

— Szkoda tyle dobra marnować! — wyjaśnił widzom tej sceny, jakby rzecz rozumiała się sama przez się i była jedynym słusznym rozwiązaniem tej sytuacji.

Najbardziej chyba uderzyła mnie „zwyczajność” Żabińskich. Oni nie starali się robić z siebie bohaterów, Antonina nie udawała, że się nie boi, a Jan przyznawał, że lubi napięcie, że dobrze się czuje, gdy trzeba działać. Byli zwyczajni i robili tylko to, co należało — taką wypowiedź Jana przytacza Ackerman na końcu książki. Tylko tyle — i tak niesamowicie dużo.

 

piątek, 15 stycznia 2010, magda.koziarek

Polecane wpisy

  • Do dzieła

    Postanowiłam podziałać trochę także na tej stronie. Co prawda czasu ciągle nie mam za wiele, ale co tam. Skoro daję radę czytać, to może dam radę także pisać. N

  • Wiosenne lenistwo

    Staram się pracować nad sobą, ale od kiedy przyszła wiosna, nic mi się nie chce. A najbardziej nie chce mi się pisać. Stosik książek wartych zrecenzowania rośni

  • Plaża Muszli, Marie Hermanson

    Jako dziecko często wyobrażałam sobie, że porywają mnie trolle lub olbrzymy. Czasami efektem takich rojeń były nocne koszmary — niektóre z ich pamiętam do